Człowiek-Wiertło #5
19/11/09, 18:48:32
kategoria: wypociny zboona
autor: zboon
PrzeciętnyDaje radęDobrze jestBardzo dobryJa walę! (Nikt nie ocenił)
Loading ... Loading ...

kolejka_kosmos

Władysław wracał z pracy. Stan jego umysłu można było przyrównać do tafli jeziora w bezwietrzną noc - cichej, spokojnej i niczym niezmąconej. Szedł tak sobie zupełnie zwyczajnie przez brudne ulice miasta i był już we własnej dzielnicy. Ze swoją idealnie przecietną, niegodną zapamiętania aparycją w ogóle by się nie wyróżniał w tym nędznym krajobrazie, gdyby nie fakt, że był tam zupełnie sam. I wtedy nagle tafla bezmyślności została poruszona - tak jak woda jest wzburzana przez wrzucany do niej kamień, tak zmysły Władysława zostały wyrwane ze stanu błogiego odpoczynku przez wrażenie, że coś złego dzieje się z jego domem. Nasz bohater przyspieszył kroku.

Już z pewnej odległości zobaczył unoszący się nad swoim podwórzem dym. Kiedy tylko wszedł w bramę, jego oczom ukazała się niewielka grupka ludzi obserwująca z przejęciem wydobywające się z okien jego mieszkania jęzory ognia. Jedną z kobiet trzymało dwóch mężczyzn - była to pani Janina, która wyrywała się w stronę klatki schodowej krzycząc:
- Natalka, dajcie mi ratować wnuczkę!
- Pani tam nic nie zdziałasz, trzeba czekać na straż ogniową, pani może tam więcej złego zrobić!
- Pani się uspokoi, jeszcze pani stanie się krzywda! - odpowiedali jej trzymający ją mężczyźni.

Pani Janina nie dawała za wygraną, dalej próbowała się wyrwać. Przez tę scenę nikt nie zauważył nadejścia Władysława. Nasz bohater swoim zwyczajem nie za wiele myślał, tylko rzucił się w stronę schodów. Zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać, był już na swoim piętrze. Drzwi były otwarte na ościerz, całe mieszkanie płonęło.

- Natalka, Natalka, gdzie jesteś?! - wykrzykiwał Władysław i nie zważając na niebezpieczeństwo powoli wchodził w głąb płonącego domostwa. Brak tlenu i wysoka temperatura sprawiły, że szybko zaczęło mu się kręcić w głowie. Parł jednak dzielnie, choć powoli, przez kuchnię, omijając jęzory ognia. Gryzący dym i obawa o córkę sprawiały, że płynęły mu łzy. Nic nie widział. Nasz bohater zamknął oczy i po omacku posuwał się dalej, wciąż wykrzykując imię swojego dziecka. Musiał walczyć o każdy krok i z każdym krokiem przybliżał się do serca gorąca. Z każdym krokiem coraz bardziej tracił też siły i przytomność. Gdy zbliżył się do drzwi oddzielających kuchnię od reszty mieszkania, ledwo trzymał się na nogach. Nagle poczuł prawdziwy grom - olbrzymi huk, falę okrutnego piekielnego ognia i siłę, która rzuciła nim w tył tak jakby był szmacianą zabawką. Całe ciało bolało go tak mocno, że nawet nie poczuł jak uderza głową w przeciwległą ścianę. Przestał cokolwiek czuć i pogrążył się niebycie.

Czuł, że spada, ale nic nie widział. Spadał kilka minut, a potem przed jego oczami zaczęło przewijać się całe życie. Wszystko to trwało dla niego tyle co pięć minut, ale zdawał sobie sprawę, że musiało to być dłużej. Zaczął powoli otwierać oczy. Strasznie piekły. Lewej powieki nie udało mu się podnieść, prawą lekko uchylił. Zobaczył nad sobą przesuwające się światła, słyszał jakieś głosy, ale były one bardzo ciche i zagłuszane przez pisk, który wwiercał się w jego mózg jak wiertło. Ból głowy, ten dźwięk i poruszające się obrazy sprawiły, że poczuł się fatalnie i znowu stracił przytomność. Dalej spadał. Następnie zaczął widzieć wirujące barwy, a potem kosmos. Pędził przez różne galaktyki, czuł jakby jechał kolejką górską między gwiazdozbiorami. W kosmosie było chłodno i przyjemnie. Mijał kolejne planety, wpatrywał się z zachwytem w śliczne światła gwiazd, które miał jak na wyciągnięcie ręki. Ale zmrużył tylko oczy i kiedy je otworzył, okazało się że jest pod wodą. Miała ona ciemnozielony odcień, tak jak w kilka metrów pod powierzchnią jeziora. Nie mógł oddychać, miał jednak trochę powietrza w płucach. Spróbował wypłynąć na powierzchnię - machał rękami, ale w ogóle się nie przemieszczał. Chociaż umiał pływać, nie był w stanie zmienić swojego położenia nawet o centymetr. Walczył zaciekle, ale po chwili zapas powietrza już nie wystarczał. Władysław zaczął się dusić. W fatalnym odruchu topielca otworzył usta próbując nabrać tchu, ale nie nabrał ani powietrza, ani - o dziwo - wody. Dalej się dusił. Czuł jakby wlot do jego ust był zatkany. Zaczął wierzgać się bezładnie. Przed jego oczami pojawiły się mroczki - najpierw małe, ruchliwe i tańczące, ale po chwili zaczęły się one łączyć w tańcu w coraz większe grupy, które przekształcały się z kolei w coraz większe czarne plamy przysłaniające całe pole widzenia. Nasz bohater zaczął tracić siły oraz możliwość widzenia. Jego uszu dobiegły jakieś zniekształcone nerwowe głosy, jednak, ponieważ znajdował się głęboko pod wodą, nie był w stanie zrozumieć słów. Głosy, najpierw słyszalne, zaczęły stopniowo cichnąć. Poczuł mrowienie biegnące od głowy do reszty ciała, czuł się sparaliżowany. Pogrążał się w zupełnym niebycie. Czuł, że nie ma wokół niego nic, tylko wszechogarniająca błogość i spokój. Nic nie słyszał, nic nie widział, nic nie czuł, a jego umysł był wolny od wszelkich myśli, co Władysławowi bardzo odpowiadało. Było mu dobrze. Nie miał już powietrza w płucach, ale wcale tego nie potrzebował. Mógłby tak leżeć całą wieczność…

Jednak pozwolili mu tylko chwilę.

Nagle coś jak piorun uderzyło go w sam środek klatki piersiowej, wstrząsając całym ciałem i promieniując we wszystkich kierunkach. Chciał krzyczeć, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Następny piorun i Władysław otworzył prawe oko, lewego nie mógł. Zobaczył nad sobą światła i zamaskowanych ludzi uwijających się jak w ukropie. Jedna ze stojących nad nim postaci trzymała w rękach coś, co z perspektywy leżącego przypominało dwa żelazka. Władysław nie miał siły, żeby trzymać oko otwarte, zamknął je. Znowu słyszał głosy ludzi, tym razem wyraźne, jednak były one zagłuszane przez wwiercający się w głowę pisk. Czuł, że wszystko go okrutnie piecze. Ale ból powoli ustawał, a nasz bohater znowu zaczynał spadać. Najpierw powoli, potem coraz szybciej. Znowu pojawiły się gwiazdy i planety, obok których przesuwał się w kolejce górskiej. Podróżował tak przez niedługi czas, po czym znowu spróbował otworzyć oko. Uniósł prawą powiekę i zobaczył, że leży w jakimś pokoju.

Na prawo od łóżka stał mężczyzna. Spojrzał na twarz naszego bohatera, uśmiechnął się i wyszedł szybkim krokiem z pomieszczenia. Władysław ogarnął otwartym okiem pokój w którym się znajdował i zdziwiło go, że nie jest to jego własny. Po chwili namysłu stwierdził, że mógł trafić do szpitala, ale miejsce zdecydowanie nie wyglądało na związane ze służbą zdrowia. Był dywan, ładne zasłonki, obrazki na ścianach, a na parapecie kwiatki. Myślenie o tym tak zmęczyło naszego bohatera, że po chwili pogrążył się w dalszym śnie.

***

Inspektor Jackie Shortballer miał nieco ponad pięćdziesiąt lat. Sześć lat wstecz poznał uroczą dwudziestopięciolatkę, która zupełnie odmieniła jego życie. Spotkali się, gdy Jackie miał rozwiązać dotyczącą jej sprawę. Zaimponował jej wówczas prawością i niezłomnością w walce z przestępczością, które to bardzo dobrze udawał, a dodatkowo był całkiem przystojny i bez reszty w niej zakochany. Z miłości do dziewczyny zostawił starą żonę, przestał brać pieniądze od mafii, a także zaczął uprawiać dużo sportu, by móc dorównać jej wigorem. Jedyną rzeczą, której nie był w stanie zrobić dla swojej nowej wybranki, a na której jej naprawdę zależało, było rzucenie palenia. Okłamywał ją, że przestał palić, ona mu wierzyła, a on oddawał się nałogowi tak, by się o tym nie dowiedziała.

Jackie wyszedł na wieczorną przebieżkę po parku. Choć przeciętni ludzie bali zapuszczać się w to miejsce po zmroku, on nie miał żadnych obaw - w końcu był gliną, i to naprawdę dobrym i uznanym. Miał tam ulubione miejsce na wieczornego papieroska; trochę z boku i w cieniu drzew. Nie chciał palić przy samej drodze, bo wiedział, że gdyby zobaczyła go któraś z sąsiadek, to dzięki niezawodności poczty pantoflowej jego młoda żona zaraz by się o tym dowiedziała.

Dotarł na miejsce. Rozsiadł się wygodnie na trawniku, opierając plecy i głowę o drzewo. Wciągnął nosem chłodne, wieczorne powietrze. Uwielbiał te chwile samotności, kiedy mógł w spokoju obserwować park i w pełni oddać się rozmyślaniom. Wydobył z kieszeni dresu paczkę ulubionych Lucky Strike’ów oraz elegancką zapalniczkę z wygrawerowanym własnym imieniem. Osłonił dłońmi tańczący na lekkim wiaterku płomień i zapalił. Dym papierosa wypełnił jego usta i płuca. Lekko palący, gęsty dym…

Nagle przy prawej skroni poczuł zimny metalowy przedmiot. Nie był to pierwszy raz kiedy znajdował się w takiej sytuacji, odgadł więc bez kłopotu, że to pistolet.


0 komentarzy
komentuj



komentuj

(pole wymagane)

(pole wymagane, nie będzie wyświetlene)




Beton Ząbki Forte Monsun opony letnie pirelli najlepszy kredyt mieszkaniowy gry Drzwi Łódź