
Pani Janina miała kilka koleżanek, a te koleżanki miały z kolei swoje koleżanki. A ponieważ całe to towarzystwo zajmowało się niemal wyłącznie plotkowaniem, wieści o umiejętnościach Władysława bardzo szybko rozeszły się po okolicy. Już niedługo po konfrontacji z panem Eugeniuszem, za każdym razem, gdy ktoś potrzebował pomocy przy wierceniu czegoś, zgłaszał się po pomoc do Władysława. I choć Władysław dalej trudnił się sprzątaniem ulic, zawsze znajdował czas, żeby wywiercić komuś dziurę. I za każdym razem, bez wyjątku, gdy zajmował się wierceniem, czuł ten sam dreszcz podniecenia. Każde wiercenie było dla niego na swój sposób wyjątkowe i niepowtarzalne. Władysław zyskiwał opinię człowieka, który pracuje błyskawicznie, rzetelnie i dla którego nie ma otworów, których nie da się nawiercić.
Po pół roku do Władysława zgłosił się właściciel dużej firmy remontowej, który zaproponował mu stałą pracę. Nasz bohater bez wahania porzucił posadę sprzątacza ulic i przyjął propozycję. U nowego pracodawcy od razu zyskał status gwiazdy, człowieka którego wysyła się tam gdzie nikt inny nie może dać sobie rady. Nie był przypisany na stałe do żadnej z ekip remontowych, jeździł tylko w miejsca gdzie zwykli robotnicy mieli jakieś problemy.
Za zarobione pieniądze kupował kolejne wiertła i różne nasadki. W dalszym ciągu pozostał jednak bardzo prostym człowiekiem - nie miał pojęcia o materiałach z jakich wykonane są używane przez niego sprzęty, ani ściany w których wiercił. Wszystko oceniał “na oko” i nigdy się nie mylił. Był jak genialny muzyk, który nie zna nut, albo jak malarz, który nie ukończył żadnej szkoły. Nie przyswajał żadnych teorii, ani wiedzy technicznej - jego osądy i cała sztuka wiercenia płynęły wprost z serca.
W wieku trzydziestu lat Władysław został ojcem. Stało się to w wyniku wiercenia dziur u pewnej całkiem ładnej kobiety, która poczuła do niego chwilową słabość. Nie była to bynajmniej żadna fascynacja, raczej nic więcej niż próba zaspokojenia wzmożonego popędu seksualnego. Felicja, bo tak było na imię owej kobiecie, była trudna do usatysfakcjonowania nawet w normalne dni, a kiedy wypadały jej dni płodne, wpadała w istną furię. Miewała różne perwersyjne pomysły, których nie wahała się realizować z licznymi kochankami, a akurat Władysław ze swoim wąsem i dobrze wykształconym brzuszkiem wpasował się do jednej z takich dziwnych fantazji. Kiedy niczego niespodziewający się nasz bohater wiercił sobie w najlepsze, ona weszła zupełnie naga do pokoju i zaczęła się do niego dobierać. Ponieważ Władysław nie cieszył się na co dzień powodzeniem u kobiet, a poza tym był zbyt dobrze ułożony, żeby odmawiać damie, uległ Felicji. Poprosił ją tylko, żeby poczekała aż skończy wiercić wszystkie dziury.
Felicja nie mogła się spodziewać, że nasienie naszego bohatera nic nie będzie sobie robiło z zastosowanych zabezpieczeń i że cała zabawa - bo to dla niej była jedynie zabawa - skończy się ciążą. Naiwny Władysław żywił do niej przez jakiś czas uczucia, ale bezwzględna kobieta szybko wybiła mu je z głowy. Później, kiedy wyszło na jaw, że jest ciężarna i testy na ojcowstwo wskazały na Władysława, postanowiła spróbować zamieszkać z nim i jego matką. Dziewczynce, będącej owocem jej nieodpowiedzialności, dali na imię Natalia.
Życie pod jednym dachem z Władysławem, córką i teściową bardzo szybko zbrzydło Felicji. Wyprowadziła się więc bez słowa do innego miasta, jeszcze zanim Natalka skończyła rok. Niedługo potem została bardzo wymyślnie zgwałcona i jeszcze wymyślniej zabita, ale jej rodzina nigdy się o tym nie dowiedziała. Pani Janina bez trudu przekonała Władysława, że nie ma sensu rozczulać się nad odejściem kobiety, a w głębi duszy była nawet szczęśliwa, że mogła mieć swojego synka znowu w całości dla siebie. No i że dorobiła się jeszcze przy tym wnuczki.
***
Mijały kolejne lata, a umiejętności naszego bohatera stawały się legendarne w całym mieście. Poza pracą w firmie, Władysław łapał wszelkie możliwe fuchy - nie dlatego, żeby dorabiać, ale by kultywować swoją pasję. Ludzie bardzo chętnie najmowali jego usługi ponieważ był najlepszy, a poza tym cechował go absolutny brak dociekliwości, czy też wścibskości - jedyne pytanie, które zadawał, brzmiało: “To gdzie i jak głęboko wiercimy?”. Najdziwniejszą dla niego pracą, jaką wykonał było wiercenie w ścianie w jakimś banku w środku nocy. Miał przewiercić jakiś przewód. Gdyby Władysław zastanawiał się kiedykolwiek nad czymkolwiek, to na pewno zastanowiłoby go dlaczego kazali mu wtedy pracować w kominiarce i dlaczego tak bardzo się spieszyli. Wzięli tylko jakiś papier i szybko odjechali, nawet nie ruszyli pieniędzy, których było całe mnóstwo.
Parę dni po wykonaniu tego zadania, późnym wieczorem, kiedy jego matka i córka już spały, usłyszał nie za głośne, acz stanowcze pukanie do drzwi. Władysław był już przygotowany do spania, właśnie zmierzał z łazienki w kierunku swojego łóżka. Ubrany był w bardzo wysłużoną piżamę, której koszula z ledwością opinała jego coraz większy brzuch. Z ubiorem tym kontrastowały nowe, kudłate kapcie, które dostał na ostatnią gwiazdkę od matki. Pukanie zaskoczyło naszego bohatera na tyle, że nawet przez myśl mu nie przeszło by włożyć na siebie szlafrok lub jakąś inną część garderoby, która przykryłaby jego nocny ubiór. Ruszył szybkim krokiem do drzwi, obawiając się, że pukający może zniecierpliwić się czekaniem i zacząć dzwonić, co obudziłoby panią Janinę lub jego dziecko, Natalkę. Spieszył się tak bardzo, że nawet nie sprawdził przez judasza kim jest pukająca osoba.
Gdy otworzył drzwi, jego oczom ukazał się niewysoki, ponury typ w dobrze skrojonym, choć nieco staromodnym garniturze i długim czarnym płaszczu. Ze względu na cień rzucany przez rondo kapelusza, który miał na głowie przybysz, Władysław nie mógł dostrzec rysów twarzy. Nasz bohater był nieco zaskoczony, ale nie czuł strachu.
- Dzień dobry, panie Władysławie. Właściwie to dobry wieczór. Czy mogę wejść? - zaczął intruz.
- A w jakiej pan sprawie? - spytał w odpowiedzi Władysław, dając tonem głosu do zrozumienia, że wcale nie był zadowolony z wieczornej wizyty i że najchętniej zamknąłby po prostu drzwi i poszedł spać.
- Wejdźmy, wszystko panu powiem. - oświadczył przybysz, po czym nie czekając na reakcję naszego bohatera położył mu przyjaźnie rękę na ramieniu i wszedł do środka mieszkania.
Ponieważ mieszkanie Władysława mieściło się w kamienicy, pierwszym pomieszczeniem za drzwiami była kuchnia. Przybysz bezszelestnie zamknął drzwi oddzielające kuchnię od reszty lokalu, powiesił płaszcz na haczyku, usiadł przy stole kuchennnym i dał Władysławowi znak, żeby ten usiadł naprzeciwko niego. Następnie sięgnął do kieszeni marynarki po cygaro i zapalniczkę. Widząc to Władysław postanowił zaprotestować:
- Proszę pana, my tu nie palimy papierosów, tu w kuchni.
- Bardzo dobrze, panie Władysławie, uzależnienie od nikotyny to bardzo zła sprawa. Pan siada. - po tych słowach, jakby nic sobie nie robiąc z protestu nieco zaskoczonego Władysława, zapalił. Zaciągnął się kilka razy, po czym zaczął:
- Nazywam się Małpa, przysłał mnie pan Antonio. Słyszał pan kiedyś, panie Władysławie, o panu Antonio?
- Nie. To znaczy tak. Koleżanka mojej mamusi coś kiedyś jej mówiła, że pan Antonio bardzo pomógł jej mężowi. To jakiś znany lekarz? - Władysław Widział teraz, że przybysz to około 40-letni mężczyzna, a jego twarz przyozdobiona jest dwiema bliznami powstałymi prawdopodobnie w wyniku cięcia nożem.
Małpa mierzył przez chwilę wzrokiem oblicze siedzącego naprzeciw gospodarza, zamyślił się na moment marszcząc przy tym czoło, po czym odpowiedział:
- Nie i tak. Pan Antonio nie ma medycznego wykształcenia i nie leczy ludzi. Ale stara się wyleczyć społeczeństwo; próbuje zaprowadzić sprawiedliwość tam, gdzie policja nie chce tego robić. Z tego powodu ma licznych wrogów, na pewno więcej niż zwykli lekarze. Ale nie zajmujmy się wrogami… Ma też mnóstwo przyjaciół. Przyjaciele pana Antonio zawsze mogą liczyć na jego pomoc i wdzięczność, jeśli czymś mu się przysłużyli. Jestem tutaj, ponieważ pan Antonio jest panu, panie Władysławie, wdzięczny za pomoc w odzyskaniu pewnego ważnego dokumentu, tego który wzięliśmy podczas naszej wizyty w banku. Bez pana umiejętności byłoby to naprawdę bardzo trudne. - w tym momencie Małpa zaciągnął się po raz kolejny cygarem i po wypuszczeniu dymu sięgnął do kieszeni marynarki, z której wyciągnął kopertę - Tutaj, panie Władysławie, jest premia dla pana. Trochę pieniędzy. Ale niech pan pamięta, wdzięczność pana Antonio jest cenniejsza niż dobra materialne. Gdyby potrzebował pan pomocy w jakiejkolwiek sprawie, niech pan o tym powie Grubemu Joe z restauracji Da Tavola.
Po tych słowach Małpa wręczył Władysławowi kopertę. Nasz bohater spojrzał do środka, gdzie zobaczył całkiem dużą ilość pieniędzy, podziękował więc grzecznie i wzbił się na wyżyny własnej grzeczności prosząc o pozdrowienie pana Antonio. Małpa zapewnił, że pozdrowienia przekaże, po czym założył płaszcz i wyszedł.
Kiedy Małpa wsiadał do zaparkowanego przed kamienicą samochodu, nie zauważył, że jego wizyta była obserwowana przez dwóch osobników, którzy śledząc go dowiedzieli się że Władysław ma coś wspólnego z panem Antonio.
Był to koniec sielanki w życiu naszego bohatera.
***
kolejna część opowiadania pojawi się za jakiś czas, jak tylko zostanie spisana
0 komentarzy
komentuj
komentuj
