Człowiek-Wiertło #1
29/10/09, 20:16:04
kategoria: wypociny zboona
autor: zboon
PrzeciętnyDaje radęDobrze jestBardzo dobryJa walę! (2 oddanych, średnia: 5 na 5)
Loading ... Loading ...

wiertara

Pan Władysław nie był człowiekiem o skomplikowanej naturze. Lubił raczej spokój, za muzyką to nie przepadał, książek wielu nie czytał - jak już, to jakiś kolorowy dziennik bogaty w historie z życia gwiazd. W szkole uznawany był nawet za niezgułę, zdarzało mu się mieć problemy z awansem z klasy do klasy. Spowodowało to zresztą, że jego edukacja nie trwała specjalnie długo - po ukończeniu gimnazjum, w wieku 18 lat, postanowił oddać się pracy zawodowej.

Pierwsze pięć lat kariery to był czas poszukiwań wymarzonego zajęcia. Zdarzyło mu się być odźwiernym w kościele, ochroniarzem na parkingu, listonoszem, sprzątaczem ulic. Choć z pozoru zajęcia te nie miały ze sobą zbyt wiele wspólnego, dla Władysława łączyła je pewna bardzo istotna cecha - brakowało im magii, czegoś co by sprawiało, że czułby przyjemny dreszcz podniecenia za każdym razem gdy zabierał się do działania. Gdy był już 23-letnim mężczyzną z wąsem i rysującym się brzuszkiem, nastał jednak przełom.

Władysław wracał właśnie z pracy. Był okrutnie zmordowany zamiataniem wyjątkowo długiego odcinka chodnika. Szedł jedną z mniejszych ulic przecinających Dworcową. Jego zmęczenie sprawiało, że nawet nie przeszkadzał mu specjalnie ponury klimat otoczenia - odpadające tynki, liczne graffiti, psie kupy na chodnikach. Dzielnica zdecydowanie nie należała do najbogatszych, ale Władysław nawet o tym nie myślał. W zasadzie to o niczym nie myślał. Szedł przed siebie i gapił się po prostu w chodnik. Ze swoją idealnie przecietną, niegodną zapamiętania aparycją zupełnie by się nie wyróżniał w tym nędznym krajobrazie, gdyby nie fakt, że był tam zupełnie sam. No, prawie sam.

W pewnym momencie uszu Władysława dobiegł krzyk przerażenia starszej kobiety oraz wyzwiska dobywające się prawdopodobnie z ust niezbyt przyjemnych mężczyzn:
- Dawaj tę siatkę, stara kurwo!
Mężczyzn było prawdopodobnie dwóch:
- Przestań się drzeć, szmato, bo cię zajebię!

Krzyki dochodziły z pobliskiej bramy, na prawo, przed Władysławem. Wyrwały one naszego bohatera ze stanu błogiej bezmyślności i sprawiły, że w jego niezbyt lotnym umyśle zaczęły pojawiać się kolejne pomysły. Najpierw bardzo nieśmiale i trochę powoli, ale potem już w tempie, które odpowiadało dramatyzmowi całego zajścia: “Nie można przecież robić tak kobiecie… Ona pewnie jest starsza. Tych złoczyńców jest chyba tylko dwóch. Albo chyba aż dwóch. Sam nie wiem… Coś trzeba zrobić, tylko co? Zaraz, wezmę kamienia, co tam leży i pierdolnę w nich kamieniem”.

Władysław dość ociężale zaczął wdrażać swój plan w życie - na ulicy leżał całkiem przyzwoity kamień, wielkości dużej śliwki, o obłym kształcie - idealnie leżący w dłoni. Podszedł do bramy w której jego zdaniem odbywał się cały napad. Jego oczom ukazało się dwóch chłopaków przyodzianych w dresy i szarpiących starszą panią. Władysław krzyknął do nich:
- Co wy robicie tej kobiecie?! Zostawcie ją natychmiast!
Na te słowa dresiarze przestali na chwilę szarpać się z babką i spojrzeli w stronę Władysława. O ile patrząc na twarz naszego bohatera zdecydowanie nie można go było posądzać o bycie wybitnym intelektualistą, to facjaty napastników obrazowały wręcz swoistą intelektualną antymaterię. Jeden z dwójki odpowiedział Władysławowi językiem, którego nie powstydziliby się nawet średniowieczni Wikingowie:
- Wypierdalaj, kurwa!
Nie wiedzieć czemu, ale Władysław, będący przeważnie ostoją idealnego spokoju, naprawdę się zdenerwował. Normalnie w takiej sytuacji prawdopodobnie by sobie po prostu poszedł. Być może to kamień trzymany w dłoni dodał mu odwagi, a może to zmęczenie sprawiło, że był zobojętniały na sugestie agresorów… W odpowiedzi na słowa dresiarzy rzucił w ich kierunku trzymanym przedmiotem - nie przymierzając i z całej siły. Jeśli lotność umysłu Władysława zostawiała wiele do życzenia, to trzeba przyznać, że był całkiem silny. Chociaż nie miał dobrego cela, to tak się złożyło, że wyrzucony przez niego kamień trafił mocno jednego z napastników w samo oko. Twarz dresiarza momentalnie zalała się krwią. Ciężko powiedzieć, czy cokolwiek zostało z samej gałki ocznej, ponieważ przykrył krwawienie dłonią, a z jego ust dobył się okrutny krzyk bólu. Drugi agresor był widocznie pod wrażeniem cierpienia kolegi, zaklął jedynie pod nosem, rozejrzał się nerwowo i zaczął uciekać. Ten ranny, nie odrywając dłoni od gęby, również pokuśtykał w tym samym kierunku. Zostawiając przy tym liczne krwawe ślady na chodniku. Władysław uznał, że starczyło przemocy tamtego dnia, w związku z czym odpuścił sobie pościg. Podszedł do napadniętej kobiety i spytał, czy wszystko w porządku. Starsza pani odpowiedziała mu:
- Tak, raczej tak. Trochę mnie ci łajdacy poszarpali, będę pewnie miała siniaka, ale to nic. Gdyby nie ty, młody człowieku, na pewno byłoby gorzej.
- Każdy by tak zrobił na moim miejscu, proszę pani, każdy kto znalazłby takiego dobrego kamienia. - odparł poważnie Władysław, co rozbawiło babkę. Chwilę się pośmiała, po czym rzekła:
- Oni chcieli ukraść mi moją torbę. Nie mogłam im tego oddać, to są ukochane narzędzia mojego zmarłego męża. Właśnie przenosiłam je z garażu do domu. W sumie, gdyby nie Ty, to straciłabym je wszystkie. Może wybierzesz sobie coś z tego? - po tej propozycji od razu położyła torbę na ziemi i otworzyła ją szeroko, tak żeby Władysław widział jej zawartość.

Chłopak pochylił się i zaczął przeglądać sprzęty. Znajdowała się tam wiertarka bezprzewodowa, porządna piła, dobrej jakości młotek, zestaw śrubokrętów i parę innych, drobniejszych rzeczy. Ponieważ wiertarka była zielona, a to ulubiony kolor bohatera, zdecydował się, że weźmie właśnie to urządzenie. Chwycił ją w dłonie i powiedział:
- Wezmę wiertarkę, wiertarkę wezmę. Dziękuję bardzo.
- Przydadzą ci się jeszcze wiertła. - dodała kobieta, sięgnęła do torby i podała Władysławowi małe pudełko - Ach! I jeszcze ładowarka! - dodała i szybko wcisnęła swojemu wybawicielowi czarną ładowarkę.
- Och, dziękuję pani. - odparł Władysław. Ponieważ nie był człowiekiem ceniącym sobie kurtuazję, czy jakiekolwiek grzeczności, powiedział tylko: “Do widzenia”, spakował prezent w reklamówkę i poszedł. Po drodze schylił się jeszcze po kamień, którym załatwił dresiarza i schował go do kieszeni.

- Gdzie się szwędałeś tak długo, synku? - Władysław usłyszał na powitanie, kiedy wszedł do domu. Chłopak mieszkał tylko z matką. Ojciec zostawił ich, kiedy nasz bohater miał 5 lat. Nie powinno to być specjalnym zaskoczeniem - matka Władysława, pani Janina, nie grzeszyła urodą, ani intelektem. Dodatkowo, po urodzeniu dziecka okrutnie się roztyła i stała bardzo wredna dla swojego męża. A ponieważ pan Roman, ojciec Władysława, był typem miejskiego cwaniaczka, nie było mu za dobrze mieszkać w domu z brzydką i głupią babą oraz niezbyt rozgarniętym synem. Wkrótce po opuszczeniu rodziny, przewrócił się pod nadjeżdżający tramwaj, który urżnął mu obie ręce. Karetka przyjechała bardzo szybko, krwawienie zatamowano i pan Roman z dużymi szansami na przeżycie jechał do szpitala. Nie miał jednak szczęścia, ponieważ pijany kierowca karetki wpadł w poślizg na moście, przez co ambulans stoczył się do rzeki. Cała ekipa pogotowia uratowała się bardzo szybko, jednak bezręki Roman nie mógł pływać, przez co się podtopił. Zanim go uratowano, jego mózg uległ poważnemu niedotlenieniu, w efekcie czego utracił permanentnie władzę w nogach.
- W pracy byłem, mamusiu. - odpowiedział Władysław.
- Ach, no tak, zupełnie zapomniałam. A co masz w tej reklamówce? - spytała pani Janina, wycierając świeżo umyty talerz.
- Wiertarkę dostałem, mamusiu.
- Jak dostałeś? Od kogo?
- Od takiej starej baby na ulicy, mamusiu.
- Przestań… Spotkałeś kobietę na ulicy i ona dała ci tak po prostu wiertarkę? - na twarzy matki pojawił się grymas zmartwienia, jakby obawiała się, co ten Władysław znowu zrobił.
- No nie tak po prostu.
- No to jak? - dopytywała dalej pani Janina.
- Pokonałem dwóch złoczyńców, więc dała mi w nagrodę wiertarkę.
- Władziu, no co ty opowiadasz?! Niby stłukłeś jakichś bandytów i dostałeś wiertarkę? Ty, taki porządny?
- No tak, mamusiu.
- No przestań, jak ja mam ci w to uwierzyć?
- Noo… Mamusiu… - Władysławowi zaczynało brakować słów. Działo się tak za każdym razem, gdy czuł na sobie presję zbyt wielu pytań. Chociaż był osobą zupełnie niezdolną do kłamstw, jego matka nie zawsze mu wierzyła.
- Mów prawdę, synek!

Władysław spuścił wzrok, i ściągnął brwi w skupieniu, zastanawiając się, co ma dokładnie powiedzieć matce. Że niby dwóch dresiarzy zwiało przed nim jak tylko rzucił w jednego z nich kamieniem? No taka prawda, ale mamusia może znowu nie uwierzyć, tak samo jak wtedy kiedy został zaatakowany przez szkolnego osiłka i tamten przypadkiem sam uderzył się kijem baseballowym w głowę, łamiąc sobie przy tym nos i wybijając 3 zęby. Albo jak wtedy, kiedy wiewiórki porwały jego bilet autobusowy, przez co wrócił 4 godziny za późno do domu… Władysław był wręcz nieprzeciętnie przeciętnym człowiekiem, któremu wyjątkowo często, jak na ten stopień przeciętności, zdarzały się niewiarygodne przypadki. Pani Janina w swej prostocie nie była w stanie tego pojąć. I to był problem naszego bohatera, przez który zupełnie nie wiedział co ma odpowiedzieć na komendę: “Mów prawdę, synek!”. Dlatego milczał. Dlatego trwała cisza.

Ciszę przerwała w końcu zniecierpliwiona matka:
- Nie chcesz mówić, to nie. Ale powinieneś oddać tę wiertarkę właścicielowi.
Władysław ponownie ściągnął brwi, skierował wzrok na matkę i wycedził przez zaciśnięte zęby, poprawiając chwyt na reklamówce:
- Ja teraz jestem właścicielem tej wiertarki, mamusiu! - po czym odwrócił się na pięcie i ruszył do swojego pokoju, trzaskając za sobą drzwiami.

Cała ta sprzeczka nie miała większego wpływu na relacje Władysława i jego matki. Jej jedyny efekt był taki, że nasz bohater zaczął obawiać się o to, czy pani Janina nie będzie przypadkiem chciała zabrać mu jego wiertarki. Dlatego strzegł swojej zdobyczy jak oka w głowie. Trzymał ją na na szybko skleconej półeczce przymocowanej od spodu do łóżka. Zawsze kiedy wracał z pracy pierwszą rzeczą jaką robił było upewnienie się, czy zdobyczny sprzęt znajduje się na swoim miejscu. Tak też zresztą czynił zaraz po obudzeniu się, czy przed pójściem spać. Bardzo zżył się ze swoją wiertarką, jednak przez pierwszy miesiąc nie miał okazji jej użyć.

***


0 komentarzy
komentuj



komentuj

(pole wymagane)

(pole wymagane, nie będzie wyświetlene)




Beton Ząbki forum wyszukiwarka mp3 sklep rtv rihanna tekst piosenki randki w sieci Bluzy